poniedziałek, 31 sierpnia 2020

Mercedes-Benz W 140 600 SEL Maxichamps

W dzisiejszym wpisie chciałbym przedstawić Wam samochód, który przez wiele lat dzierżył miano najlepszego na świecie, a mowa tu oczywiście o .....Merecdesie klasy S W140. Zapraszam.  




Nowa klasa S o oznaczeniu fabrycznym W140 zadebiutowała na genewskim salonie samochodowym w 1991 roku. Stylistycznie upodobniono auto do produkowanej już klasy E W124, przez co stało się ono bardziej kanciaste i zwaliste. Jednak sylwetka pojazdu (mierzącego ponad 5,1 m długości, o masie własnej od 1,9 do 2,2 tony) nie wszystkim przypadła do gustu. Mimo, że auto było większe od poprzednika, miało dużo mniejszy współczynnik oporu powietrza, wynoszący Cx=0,30.

 



W modelu W140 po raz pierwszy w historii Mercedesa zastosowano seryjny silnik V12, podwójne szyby, system ESP i BAS, który wspomagał hamowanie. Jak można się domyśleć, parkowanie tego kolosa nie należało do czynności łatwych, a więc ułatwiały ją specjalne, wysuwane z tyłu bagażnika antenki (o czujnikach, nawet prymitywnych, nikt wtedy jeszcze nie śnił). Wszystkie drzwi, łącznie z klapą bagażnika posiadały siłowniki automatycznego domykania. Poza tym W140 był wyposażony we wspomaganie kierownicy zależne od prędkości, boczne poduszki, adaptacyjne zawieszenie utwardzające się przy wyższych prędkościach, nawigację, sterowanie głosem Linguatronic i światła ksenonowe. Większość tych rzeczy, a także niezliczone inne ułatwienia, konfiguracje materiałowo/stylistyczne były dostępne w opcji. Jednakże takie udogodnienia nie wzięły się znikąd- prace projektowe podjęto wiele lat przed prezentacją samochodu, a sam projekt kosztował Mercedesa około 1 miliarda dolarów.

 



Jak w przypadku poprzednika serii W126, również i tym razem zaprezentowano stylową i jeszcze bardziej ekstrawagancką wersję coupe (C140), która pojawiła się na rynku w styczniu 1992 roku. W zależności od roku produkcji model sprzedawany był aż pod trzema różnymi nazwami: SEC (1992-1993), S-Klassa Coupé (1993-1996) i CL-Klasa (1996-1998). Drobny facelifting tego modelu miał miejsce w styczniu 1996 roku.

 



Limuzyna oferowana była od lipca 1991 roku do października 1998 roku. Wyprodukowano 406 717 egzemplarzy limuzyny i zaledwie 26 025 sztuk coupe. Co ciekawe, w 1997 roku jeden egzemplarz W140 S 500 L Landaulet został specjalnie przebudowany dla papieża, św. Jana Pawła II.



Sam model wyprodukowała znana w kolekcjonerskim świecie firma Minichamps, jednak jako nieco zubożony wypust marki Maxichamps. W przeciwieństwie do macierzystej wersji, wydanej wiele lat temu, nie ma ona pomalowanego wnętrza (głównie chodzi tu o drewniane wstawki i klamki) a także brązowych obramowań drzwi (swoją drogą nie widziałem by jakikolwiek oryginał posiadał je w tym kolorze). Sądząc po emblemacie umieszczonym na tylnej klapie, mamy do czynienia z najmocniejszym wariantem W140-ki, czyli 600 SEL, wyposażonym w V12 o pojemności 6 litrów. Co ciekawe, w latach 90-tych, samochód w tej konfiguracji był często kupowany przez szefów polskich i rosyjskich mafii, gdzie doczekał się przydomku ,,Szejseta". Posiadanie ,,Szejsety" było w tamtych latach wyznacznikiem statusu w przestępczej hierarchii, którego nie potrafiło zachwiać nawet Ferrari. Swoją drogą ciekawe jak to było podróżować w bagażniku tego komfortowego samochodu, chociaż z drugiej strony zapewne rzadko znajdowały się tam osoby jeszcze żywe. Wróćmy jednak do modelu. Mimo uboższej wersji, otrzymujemy miniaturę wykonaną bardzo dobrze. Równiutki lakier, czyste szyby i fenomenalne reflektory bez bolców mocujących to największe zalety W140 pomniejszonej 43 razy. Do tego starannie wykonane chromy, równo położone kalkomanie i mamy...porządny modelik który na pewno idealnie wpasuje się w niejedną kolekcję. Tymczasem u mnie zawędrował on na półkę mieszczącą tylko i wyłącznie czarne, ordynarne limuzyny...:)


















**Oświadczam, iż użyte zdjęcia oryginalnego samochodu nie są mojego autorstwa





wtorek, 16 czerwca 2020

Cadillac Fleetwood Sixty Special Sedan 1959 Spark

Witajcie moi drodzy!
Większość z Was już zapewne o mnie zapomniała, wszak aż tak długiej przerwy na moim blogu nie było nigdy. Cóż, nie mam nic odpowiedniego na swoje wytłumaczenie- musicie mi to wybaczyć. Tak czy siak zapewniam jednak, iż żyje i mam się nawet całkiem nieźle. Mogę jedynie dodać, że wraz z zastojem na blogu moja kolekcja prawie nie rozwijała się- przybyło do  niej zaledwie kilka nowych modeli, co m.in. było powodem mojej bezczynności. Ale nie ważne, nie przedłużajmy i zabierajmy się do roboty. Długo myślałem co by tu pokazać po ponad półrocznej przerwie. Z racji tego, iż ciepła aura szybko nas nie opuści, a słońce będzie grzało równie mocno jak dziś, optymalnym wyborem byłby…..kabriolet. Lecz nic z tego. Kabrioletu Wam dzisiaj nie pokażę, kochani. A to z takowej prostej przyczyny, iż egzemplarz wpasowywujący się w te kryteria dopiero do mnie jedzie…z daleka. A że nie chce Was już trzymać, zaprezentuję dziś coś równie atrakcyjnego, a może z powodu swej rzadkości nawet bardziej. Mowa tu oczywiście o tytułowym Cadillacku Sixty Special ’59. Lecz tradycyjnie zanim przejdę do opisu samej miniaturki, z grubsza postaram się nakreślić historię powstania tego jeżdżącej, barokowej świątyni chromu. 

Nie trzeba być fanem motoryzacji, by wiedzieć czym jest ,,Cadillac” . Nawet moja babcia, niezbyt obeznana w zawiłościach historii motoryzacji, na każdy wielki, ociężały, ozdobny w chromy samochód z lat 1950-1980 mówi własnie…Cadillac. Nie Pontiac, nie Buick, nie Lincoln, a przecież te koncerny też przez lata produkowały równie luksusowe samochody. Czemu tak? Ano być może dla tego, iż to właśnie Cadyy stał się ucieleśnieniem amerykańskiego luksusu i przebił wszystkie wymienione marki swym przepychem i ekstrawagancją. Mnogość chromowanych listew, wlotów powietrza, przetłoczeń, giętych, panoramicznych szyb sprawia, iż patrząc na to auto odnoszę wrażenie, iż mam do czynienia z jakimś bogatym w ozdoby, barokowym ołtarzem, aniżeli samochodem, nawet tej klasy. Auta Cadillac odegrały ogromną rolę w amerykańskiej, jak i światowej popkulturze. Woziły najznamienitsze osoby ze świata polityki, biznesu czy gwiazdy estrady. Na ich cześć powstawały nawet piosenki (chociażby utwór zespołu Stray Cats) oraz filmy. Także ich linia z charakterystycznymi ,,skrzydłami” w tylnej części nadwozia stała się rozpoznawalna na całym świecie.





Nazwa Cadillac Sixty Special została po raz pierwszy użyta w 1938 roku, jako określenie najbardziej luksusowej serii aut producenta, i jako takowa utrzymywała się przez wiele lat. Rocznik 1959-1960, o którym dzisiaj mowa, był oferowany w dwóch wersjach nadwoziowych- jako czterodrzwiowy sedan i hardtop (ta wersja różniła się od zwykłego sedana zastosowaniem jednej, giętej szyby zamiast trzech w tylnej części nadwozia). Pod maską umocowano potężny, jak na dzisiejsze standardy, silnik V8 o pojemności 6,4 L o mocy 325 koni mechanicznych. Co ciekawe, jako opcję można było zamówić samopoziomujące zawieszenie pneumatyczne z amortyzatorami wypełnionymi zakazanym dziś gazem- freonem. Jeśli chodzi zaś o takie ,,luksusy” jak wspomaganie kierownicy czy automatyczna, 4-biegowa skrzynia biegów Hydramatic, to były one w standardzie. O  stylistyce, dla jednych pięknej, dla innych przesadzonej, chyba nie muszę wspominać. Warto tylko dodać, iż  tylne ,,skrzydła”, inspirowane panującą wtedy modą na design tzw. ,,kosmiczny” (wzorowany na samolotach i rakietach), w żadnym samochodzie, ani wcześniej, ani później, nie były tak wielkie jak w Sixty Special z ’59. 

Po krótce przybliżyłem Wam historię tego niezwykłego samochodu, teraz ze spokojnym sumieniem mogę przejść do opisu samego modeliku. Dwa lata temu, gdy zainteresowałem się amerykańskimi samochodami wykryłem, iż parę lat wcześniej firma Spark, (specjalizująca się notabene w produkcji miniatur aut wyścigowych, rajdowych i najogólniej rzecz biorąc nowoczesnych), wypuściła na rynek kilka rodzajów Cadillacków z 59. Były to serie Sixty Special oraz nieco uboższa 62 (występująca również jako coupe). Nie muszę nadmieniać, iż po wielu latach modele wydane w małym nakładzie wyprzedały się i dostanie ich, nawet na rynku wtórnym, graniczyło z cudem. Przeszukiwałem Ebay w poszukiwaniu egzemplarzy w jakiejkolwiek wersji czy kolorze. Niestety, oferty które znajdowałem były albo za drogie, albo też ich transport sprawiałby problem (paczki z USA). W międzyczasie upatrzyłem sobie najbardziej pożądaną przeze mnie wersje- biały sedan z dymionymi na zielono szybami. Co tu ukrywać, jest to jedna z rzadszych wersji, nawet w skąpym, drugim i trzecim obiegu. Pewnego dnia jednak, przeszukując ofertę jednego z włoskich sklepów, dostrzegłem owego Cadillacka ze statusem….dostępny, w cenie około 300zł. Byłem pewien że to zwykły błąd systemu, ale dla pewności napisałem do znajomego zajmującego się sprowadzaniem rzeczy zza granicy dla mnie i innych kolekcjonerów. Nie mogłem wprost uwierzyć, gdy przekazał mi on, iż w sklepie odkryto 4 ostatnie, schowane gdzieś kilka lat, sztuki. Dwa miesiące później, w lipcu 2019, pewnego gorącego wieczora, zaraz po przyjeździe z Krakowa dostałem w swe ręce paczkę z wymarzonym modelem. Po otwarciu można było rzecz tylko jedno- Spark. Spark, czyli klasa sama w sobie. Piękne chromowane listwy, misterne obramowania okien, czy monumentalny a jednak filigranowy jednocześnie grill- to wszystko potęgowało tylko uczucie iż mamy przed sobą dzieło sztuki. Szczególną uwagę proponuję zwrócić na cieniutkie, profilowane szyby oraz pięknie wykonane wnętrze. Jedyne, malutkie zastrzeżenia mam do odstających na ,,ogonie” listew oraz wady mojego egzemplarza- lekko zmatowiałej końcówki przedniego zderzaka z prawej strony. Jednak są to detale, której i tak nie zdołają przyćmić mi radości z posiadania tego pięknego egzemplarza. Na dwóch ostatnich zdjęciach zobaczycie dwie sztuki Caddy’iego. Czyżbym bawił się w Photoshop? Nieee, nic z tych rzeczy, to mój kolejny Sixty w ekstremalnie rzadkiej, niemożliwej do zakupienia w Europie, w sumie poza nią też, wersji kolorystycznej- ekstrawaganckiego różu. Lecz o tamtym, nietuzinkowym egzemplarzu wspomnę w oddzielnym wpisie. Co prawda niektórzy być może kojrzą go z podsumowania 2019, ale dla innych będzie to nowość. A teraz zapraszam do obejrzenia zdjęć, trzymajcie się cieplutko!






















wtorek, 31 grudnia 2019

Kolekcjonerskie podsumowanie roku 2019

Witajcie,
Kolejny rok mija, aż nie mogę w to uwierzyć iż za zaledwie kilka godzin zastaną nas lata dwudzieste. Tak tak, pomimo iż ostatnia dekada skończy się dopiero za rok, to lata dwudzieste będziemy mogli przywitać już niedługo- o godzinie 24:00, lub jak kto woli, 0:00. Dla wielu (a chyba mogę się do nich zaliczyć) 2020 będzie to czas nowych wyzwań, możliwości, ale i obowiązków, z którymi do tej pory nie miałem do czynienia. Jeśli chodzi o samą kolekcję, bo to przecież o niej jest mój blog, rozwija się ona w umiarkowanym tempie. Jeśli chodzi o ilość zakupionych modeli rekordu nie pobiłem, gdyż ich liczba wynosi 21 sztuk, jednak gdy popatrzymy na ich jakość- tak, tutaj wykonałem kolejny ,,milowy" krok. Czemu tak? Ano dlatego, iż ,,głównym" tematem mojego zainteresowania w 2019 były amerykańskie krążowniki szos- a właściwie ich wysoko zdetalizowane żywiczne miniatury. Nabyłem ich 7, z czego na zdjęciach jest 6 (jeden dopiero idzie do mnie pocztą wraz z innym, ciekawym modelem). Reszta to tak jak widać, ciężarówki- m.in. te z wydanej, próbnej edycji kolekcji ,,Kultowe ciężarówki epoki PRL", która to doprowadziła do niemałego ,,zamieszania" i ożywienia kolekcjonerskiego światka.
Nie lubię zanadto przeciągać, pozostaje mi tylko życzyć wszystkim czytelnikom mojego bloga wszystkiego najlepszego, spełnienia planów i wytrwałości w dążeniu do celów, które sobie założyliście. Dziś przekonałem się, iż nie zawsze jest do droga łatwa, czasem możemy zwątpić, czy warto nią iść, lecz naprawdę, nigdy nie wolno nam się poddać i być biernymi. ,,Nie wchodź łagodnie w tę pogodną noc..."- myślę, że słowa angielskiego poety Thomasa Dylana doskonale obrazują to co mam na myśli.
A więc jeszcze raz, wszystkiego dobrego!
                                                                                     Z najserdeczniejszymi pozdrowieniami
                                                                                     Piotr Mieszkowski, dla niektórych ,,Dr Packard"
                                                                                     .............................a dla jeszcze innych  ,,Witja"














piątek, 15 listopada 2019

TATRA 813 Kolos IXO

Witam!
Deszcz, plucha, mokre liście, na których to będąc nieuważni możemy się przewrócić, wszechobecne błoto i krajobraz niczym z melancholijnych dramatów psychologicznych. W taką pogodę większość z nas preferuje pozostanie w domu, chociaż nie zawsze się to udaje. Gdy jednak czasem musimy go opuścić i udać się gdzieś np. samochodem, część osób decyduje się już zawczasu zmienić opony z letnich na zimowe, by mieć stuprocentową pewność co do dobrej przyczepności i swojego bezpieczeństwa. Tymczasem ja nie zawierzam jedynie kawałkom zbrojonej gumy obleczonym na obręczach kół, lecz solidnemu napędowi 8x8 i 18- litrowemu, 12 cylindrowemu silnikowi w najlepszym z możliwych układzie V. Oto TATRA 813 KOLOS.

Zapraszam do lektury!




Pierwszy ośmiokołowy pojazd doświadczalny, z grubsza przypominający samochód, który dzisiaj chcę Wam przedstawić, powstał około 1960 roku. Większość części, a przede wszystkim innowacyjny napęd schowany w długiej rurze biegnącej przez całą długość ciężarówki,  pochodził z Tatry 138. Należy wspomnieć, iż prototyp ten nie był pełnoprawnym samochodem, lecz jedynie podwoziem z prowizorycznie zamocowanym na błotniku siedziskiem operatora-kierowcy. Podczas prób terenowych zebrano potrzebne doświadczenia i z przyczyn braku funduszy na kilka lat wstrzymano dalszy rozwój.
Do projektu powrócono w 1964r, kiedy to z polecenia władz, czescy inżynierowie dostali polecenie stworzenia i wdrożenia do produkcji pojazdu o następujących parametrach: 12 cylindrowym, 18 litrowym silniku w układzie V, który byłby w stanie pokonać wykopy o szerokości 1,5m oraz przeszkody prostopadłe do podłoża o wysokości do 60cm. Warto wspomnieć, iż parametry te są do dzisiaj unikalne i niewiele pojazdów może poszczycić się lepszymi wynikami. W '64 powstały łącznie 4 kolejne prototypy, których intensywne próby terenowe pozwoliły wykryć dużą liczbę wad, możliwych do usunięcia w procesie produkcyjnym. Seryjny montaż ruszył dopiero w 1967, zastępując przestarzałą Tatrę 141 i 111. W związku z liberalizacją polityczną w Czechosłowacji, partia zadecydowała iż przerobione wersje wojskowego pojazdu będzie można wypuścić także na rynek cywilny. W tym celu stworzono wersje charakteryzujące się napędem od 8x8, przez 6x6 aż do relatywnie małego modelu 4x4. Samochody mogły być wyposażone w tradycyjne skrzynie ładunkowe, zabudowy samowyładowcze, cysterny, a także specjalne oprzyrządowanie do holowania ładunków ponadwymiarowych (ciągniki balastowe). Jako ciekawostkę dodam, iż we współpracy z zachodnioniemiecką firmą SEMEX zbudowano także serię specjalnych ciągników lotniskowych o ładowności aż 300 ton! Przez lata samochód zdobył zaufanie kierowców, m.in. dzięki wysokiej dzielności terenowej oraz świetnemu napędowi. Centralnie umiejscowiona rura ze schowanymi w niej mechanizmami doskonale stabilizowała samochód a także zwiększała sztywność ramy, przez co żadne błota, rzeki czy piaski nie były straszne tej wielozadaniowej Tatrze.




Sam model ukazał się nakładem chińskiej firmy IXO już kilka lat temu. Niestety, jak z resztą można się tego było spodziewać, cały nakład zszedł niemal na pniu i niestety nie udało mi się wzbogacić o niego kolekcji. Szansa nadeszła dopiero miesiąc temu, kiedy to wypatrzyłem w jednym z niemieckich sklepów ową Tatrę, która to widniała w polu nowości. Prawdopodobnie IXO po sukcesie pierwszej edycji postanowiło wznowić produkcję, ale mniejsza  z tym. Po około dwóch tygodniach oczekiwania, model wreszcie znalazł się na mojej półce. Jeśli chodzi o samą miniaturę, mam do niej mieszane uczucia. Z jednej strony jest to świetne uzupełnienie zbioru zarówno ciężarówek pochodzących z krajów Układu Warszawskiego czy chociażby samej podkolekcji aut z pod znaku Tatry, z drugiej zaś wykonanie pozostawia trochę do życzenia. Rama, jak i całe podwozie,  jest odlane z plastiku oraz niebyt szczegółowe. Ma tez tendencję do wyginania się, dlatego to większość egzemplarzy posiada nienaturalnie pochyloną do przodu kabinę kierowcy. Samą szoferkę zrobiono poprawnie, może poza wycieraczkami które odlano razem z szybą. I nie będę ukrywać, że element ten zwraca uwagę- niestety na niekorzyść. Poza drobnymi mankamentami otrzymujemy pełnoprawny kawał modelu, który z pewnością całkiem ładnie będzie prezentował się w naszych zbiorach i świetnie je uzupełni. Jeszcze informacja dla przyszłych właścicieli- jeśli chcecie mieć ten model w kolekcji, ostatnia szansa- trzeciej edycji już raczej nie będzie.















*Oświadczam, iż użyte w poście zdjęcia prawdziwego samochodu nie są mojego autorstwa i zostały umieszczone wyłącznie w celach informacyjnych.